@nataliakusiak

Nie biegam za karę.

W marcu tego roku miał odbyć się pierwszy organizowany przeze mnie wyjazd. Nie taki zwyczajny bo pierwszy z cyklu Żeby się Chciało, czyli projektu, który z moją koleżanką Joasią rozwijam od kilku lat. Najpierw było sprawdzanie różnych, czasem dziwnych dyscyplin sportowych dla zabawy, później zaczęło nam świtać, że zabawa zabawą, ale w takim doświadczeniu uczymy się o sobie więcej, niż byśmy się spodziewały. Dalej zamarzyło nam się zaangażowanie do tego znajomych i nawet się nie obejrzałyśmy, a weekendy zaczęłyśmy spędzać na wyjazdach bojerowych albo ucząc się prowadzić psie zaprzęgi. W tym roku uznałyśmy, że już czas zebrać to w całość i stworzyć na bazie naszych doświadczeń bardzo wyjątkowy cykl warsztatów, na które będzie mógł zapisać się każdy. Był już termin, było miejsce, byli uczestnicy, ale że cały świat postanowił na chwilę się zatrzymać, więc zatrzymałyśmy się i my. Teraz powoli wracamy.

Nie zawsze byłam tak aktywna jak dzisiaj. W szkole raczej były zwolnienia z wf-u i dwie lewe ręce do wszelkich gier zespołowych. Byłam mała i chuda, więc w biegach też mi nie szło. Sportem zainteresowałam się już jako dorosła osoba. To zdecydowanie było dla mnie przełomowe odkrycie. Przeżywałam momenty spadku zainteresowania i fascynacji. Pamiętam to uczucie, kiedy na kolejne „dasz radę, jeszcze 10 powtórzeń” chcesz kogoś popchnąć na ścianę, ale pamiętam też miesiące, kiedy prawie nie wychodziłam z klubu sportowego i chciałam zostawić w szatni dużą kosmetyczkę, bo częściej brałam prysznic tam, niż w domu. To wszystko było oczywiście ciekawe, ale mam wrażenie, że tak naprawdę zaczęłam łączyć kropki dopiero, kiedy zaczęłam uczyć się medytacji i patrzeć na to w bardziej świadomy sposób. Nie mniej istotne były rozmowy z tymi, którzy przechodzili przez podobne historie. Chętnie dzielę się dzisiaj moim rozumieniem i przeżywaniem sportu w sieci, więc dostaję też sporo pytań o to, skąd biorę motywację, jak to jest, że udaje mi się być w tym konsekwentną. Faktycznie tak jest dzisiaj, ale to też może się zmieniać i trudno, tak ma być – życie to ciągła zmiana. Świadome przechodzenie przez wszystkie górki i doły na pewno pomaga wyciągnąć z tego procesu możliwie jak najwięcej. 

Ja miałam kilka ważnych momentów na tej ścieżce “łączenia kropek”, które razem pomogły mi zbudować dzisiejszą regularność. Większość z tych, które teraz przychodzą mi do głowy, miało związek z ciałem i samoakceptacją. W mojej głowie od dawna istniał idealny wzór ciała kobiety – sportowca i ja tak nie wyglądałam. Z jednej strony ruch dawał mi radość i satysfakcję, z drugiej w pewien sposób się tego wstydziłam bo mój wygląd o tym nie świadczył i zaznaczmy już na wstępie, że wyglądałam wtedy mniej więcej tak samo jak dzisiaj. Oczywiście powiecie teraz pewnie, że nie mam na co narzekać, ale to zupełnie nie o to chodzi. Po pierwsze bardzo często nasze postrzeganie siebie jest gdzieś obok tego stanu faktycznego, po drugie ja nie uważałam, że wyglądałam źle, ale po prostu nie tak, jak sądziłam, że powinnam. Rozumiecie te pokrętne drogi, którymi podążała moja głowa? Moje fałszywe i szkodliwe wyobrażenia o tym, jak ma wyglądać osoba, która uprawia sport odbierały mi możliwość cieszenia się tym, co robię. Miałam bardzo dużo oczekiwań dotyczących tego, jak ma wyglądać ciało kogoś, dla kogo sport, w tej czy innej formie, jest codziennością. Myślałam, że wiem, jak wygląda ciało, które ćwiczy i byłam przekonana, że wygląda w bardzo określony sposób. Z obowiązku wyglądania jak trenerka fitnessu (polecam wpisać to hasło w Google dla dokładnego zobrazowania tego, o czym mówimy) zwalniał mnie tylko brak sportu. O wysiłku fizycznym myślałam więc nie przez pryzmat tego, co dobrego mogę zrobić dla siebie, a tego, jak bardzo się zmęczę, ile spalę kalorii, czy ile przebiegnę, a przecież nie chciałam, żeby sport był znienawidzonym obowiązkiem, ale czystą przyjemnością. Kiedy się do tego dokopałam, poczułam, jakbym zrzuciła z ramion co najmniej 20 kg. Zaczęłam z ogromną przyjemnością chodzić na klasyczną jogę albo pilates. Przestałam myśleć o tym, że bieganie liczy się od 8 km w górę. Przecież poranna, leniwa 5-tka może być super przyjemna. Świadomie patrzyłam na to, co potrafi moje ciało, do czego jest zdolne, w czym mi pomaga i za co jestem mu wdzięczna, jak naprawdę jest silne. Jestem w stanie sama zanieść do domu ciężkie zakupy? Przejechać na rowerze z punktu A do punktu B? To fantastyczne i wiem, że jest wiele życiowych scenariuszy, które mogły by mi na to nie pozwolić. To odblokowało mnie na wielu frontach. Nie wiem jak z tym wcześniejszym konceptem przetrwałabym okres izolacji. Teraz mogłam codziennie wchodzić na matę z lekką głową. Joga mnie pochłonęła i naprawdę moją ostatnią myślą przed zaśnięciem było to, że jutro rano znowu będę mogła zacząć dzień na macie. Czułam, że moje ciało tego potrzebuje, że to cudownie na nie działa, zwłaszcza w tym czasie siedzenia na kanapie i nie wychodzenia z domu, że robiąc nawet mikro postępy cały czas się rozwijam, więc to nie jest czas stracony. Podobnie ostatnio jest z bieganiem: przestałam wymagać od siebie nie wiadomo czego. Bieganie dla dobrego samopoczucia zdjęło ze mnie obowiązek, który oczywiście sama sobie narzuciłam, nie wiadomo jakich dystansów czy wysokiego tempa. Przebieżka po parku dla przyjemności przestała brzmieć jak oksymoron. 

Oczywiście, czym dalej sięgam, tym więcej znajduję w tej swojej sportowe skrzyneczce. Zrozumiałam coś, co pomogło mi w szukaniu w aktywności przyjemności, ale to dopiero początek tej zabawy. Każda dyscyplina kryje w sobie inne pułapki, czyli też inne tajemnice o nas, które możemy rozwikłać. Właśnie dlatego koncept połączenia sportu i medytacji wydał nam się tak ważny i wyjątkowy. Zdecydowana większość z nas jest przekonana, że powinna ćwiczyć – jedni dla kondycji, inni żeby schudnąć, ale często wiąże się z tym problem tego, jak się zmotywować, jak się zmusić. Wydaje i się, że właśnie eksperymentując i szukając w tym wszystkim przyjemności możemy zdjęć ze sportu to obciążenie obowiązkiem i przymusem. Może to jest właśnie klucz do tego, żeby nie chcieć zabić swojego trenera.

Tymczasem świat powoli rusza do życia, a my ruszamy z naszymi wyjazdami. Pierwszy termin już w lipcu, zostało kilka wolnych miejsc. Niestety moda na krajowe kierunki trochę utrudnia nam organizację kolejnych terminów. Jeżeli znacie hotel czy agroturystykę z wolnymi, weekendowymi terminami, dajcie znać. Mam nadzieję, że będziemy miały okazję spotkać się kiedyś na jakimś wspólnym treningu.

fot. Ola Golczyńska

Podobało Ci się? Udostępnij! 

3 odpowiedzi na “Nie biegam za karę.”

  1. Super wpis! Tak to właśnie jest z nami babkami.. ciężko z samoakceptacją i wiarą w siebie. Myślimy wyłącznie o tym czego nam brakuje, a nie cenimy sobie tego co mamy. Osobiście rozpoczęłam już proces przestawiania się na pozytywne myślenie i mniej krytycznego podejścia do samej siebie. Szklanka w połowie pełna 🙂

  2. W samo sedno! Od jakiegoś czasu również zaczęłam przestawiać swoje myślenie na takie, żeby nie robić nic na siłę i żeby uprawianie sportu w jakiejkolwiek formie sprawiało przyjemność a nie formę przymusu. Kilka lat temu codzienny trening dla zwykłego pozostania w formie był dla mnie czymś niemożliwym. Nie potrafiłam być konsekwentna. Teraz, gdy nie wywieram już takiej presji na swoim ciele poczułam ulgę. Z niecierpliwością czekam na codzienne ćwiczenia. Do biegania również nie mogłam się przełamać, ponieważ gdy zbyt szybko nie widziałam poprawy tempa czy nie mogłam zwiększyć dystansu – odpuszczałam. Teraz luźne podejście pozwala mi na codzienne, malutkie sukcesy i co najważniejsze – przestałam się zniechęcać! Dodatkowo Twoje codzienne Story mobilizuje jak mało co!

  3. Długie teksty zamieszczane w sieci, ze względu na chęć szybkiego „przelecenia” tekstu i wyłapania tych najważniejszych informacji ; zazwyczaj czytam wyrywkowo, Twoja zaś maja coś w sobie, że chce się je czytać z uważnością. Co na miarę naszych czasów jest wyjątkowe. Pozdrawiam

Możliwość komentowania została wyłączona.

Czytaj więcej

mural

Weekend na Pradze

Dzisiaj Praga jest modną i ciekawą dzielnicą Warszawy, chociaż nie zawsze tak było. Ostatnie lata bardzo zmieniły jej oblicze i właśnie dlatego chcę zabrać Was

CZYTAJ WIĘCEJ »

Wszystkiego najlepszego Natalka!!!

STO LAT!!!

dużo miłości i pordóży!

życzą Pati i Dominik