Czym zaskoczyło mnie życie w Australii…

Będę z Wami szczera: przed wyjazdem do Australii nie miałam zbyt wielu oczekiwań, założeń czy wyobrażeń. Wydaje mi się, że głównie dlatego, że kilka miesięcy przed wylotem moje życie pędziło w ogromnym tempie, robiłam 58 rzeczy równocześnie i dostarczałam sobie wielu, bardzo skrajnych atrakcji :od tygodniowego festiwalu na pustyni do miesięcznego pobytu w klasztorze w Indiach. Moja głowa próbowała przetwarzać wszystko, co do niej wrzucałam bez ponownego uruchamiania systemu przez bardzo długi czas. Na lotnisko dotarłam w biegu i po dwudniowej podróży (której nigdy nie powtórzę w ten sam sposób) wylądowałam w Australii Zachodniej jeszcze nawet niespecjalnie wiedząc na jak długo tu zostaję. 

Ale zanim ta machina wydarzeń rozpędziła się na dobre, gdzieś w mojej świadomości ten kraj w pewien sposób funkcjonował i miał swoje punkty odniesienia na mapie skojarzeń. W tym roku temat ten stał się dla mnie bardziej interesujący z powodów matrymonialnych, ale zanim wszechświat wpakował mnie w tę sytuację zakodowałam, że jest tu bardzo gorąco, że żyją tu kangury, strusie i misie koala oraz Nowy Rok zaczyna się w Sydney (uproszczenie telewizyjne, ale wiadomo, o co chodzi). 

Dzisiaj chciałam Wam opowiedzieć, czego dowiedziałam się o tym kraju i jego mieszkańcach mieszkając tu już prawie dwa miesiące i o tym, co wywołało największe zdziwienie na mojej twarzy (bo wiadomo, że to, co nas najbardziej interesuje to te odmienności). 

  1. Ludzie żyją tu wolniej, mniej się stresują i nigdzie się nie śpieszą. Najbardziej nieaustralijska reakcja, jakiej tu doświadczyłam i to dosłownie jeden raz, to zatrąbienie na mnie przez kierowcę samochodu, kiedy powoli szłam po przejściu dla pieszych. Czy to urok życia w mieście na plaży? A może wystarczająca ilość słońca? Trudno powiedzieć.
  2. Australijczycy większość czasu spędzają na zewnątrz. Na plażę nie chodzi się opalać, a raczej obcować z naturą. Większość osób zakłada ubrania z długim rękawem, a reszta co pół godziny aplikuje krem z filtrem SPF 50. W większości domów elementem obowiązkowym są zestawy piknikowe, a każdy już na bank ma przenośną torbę termiczną na tego typu wyjścia. Spotkania ze znajomymi bardzo często odbywają się w parkach.
  3. Nie wszyscy są tutaj na diecie wegańskiej. Oczywiście w supermarketach różnorodność produktów będących roślinnymi zamiennikami nabiału jest gigantyczna, ale zdarzają się nadal restauracje bez szerokiego wachlarza wegańskich pozycji, a wołowina jest bardzo popularna. Australia to podobno drugi na świecie eksporter tego produktu. Z jakiegoś powodu oczami wyobraźni widziałam tu tylko smukłe kobiety w strojach do pilatesu sączące roślinne smoothie.
  4. A jeżeli już jesteśmy przy pilatesie to tak, jest tutaj prawie na każdym rogu. Zdarzają się nawet takie rogi z 3 studiami po różnych stronach ulicy. Niektóre sieciowe siłownie oferują nawet grupowe zajęcia na reformerach i tak, większość dziewczyn paraduje na co dzień w obcisłych, sportowych kompletach. 
  5. Kultura do it yourself rządzi. To pewnie jakieś pokłosie tego spędzania czasu na zewnątrz i punktu pierwszego czyli życia powoli, ale tu każdy, kto ma do tego smykałkę, będzie raczej sam realizował np. zabudowę vana albo zrobi jakąś specjalną szafkę na gadżety, niż kupi gotowe. 
  6. Groźne stworzenia wcale nie czyhają na każdym kroku. Zapoznałam się z wszystkimi filmami pokazującymi gigantyczne pająki, węże i inne potwory. Nie spotkałam jak na razie żadnego z nich, ale przezornie nie zostawiam butów na zewnątrz. Tak na wszelki wypadek. 
  7. Całe miasto jest na nogach już od 6:00. Wszystkie kawiarnie otwierają się bardzo wcześnie i co ciekawe są w zasadzie pełne do wczesnego popołudnia, nawet w tygodniu. Myślę, że to wczesne wstawanie może być związany z tym, że w ten sposób unika się trochę upałów i mocnego słońca, ale nikt nie był mi w stanie wyjaśnić, czy ci wszyscy ludzie pracują zdalnie, czy może nie pracują wcale. Co ciekawe ciężko znaleźć tu kawiarnię, która byłaby czynna dłużej niż do 14:00. Podobno jeżeli chcesz po południu wypić kawę oznacza to, że potrzebujesz raczej piwa (patrz punkt pierwszy).
  8. Nie jest tanio, ale nie jest też tak drogo jak sądziłam. Dwa podstawowe artykuły, czyli kawa speciality i awokado są nawet tańsze niż w Polsce. 
  9. Ataki rekinów zdarzają się, chociaż nie są tak powszechne, jak mogłoby się wydawać. Władze próbują minimalizować zagrożenie regularnie patrolując popularne plaże helikopterami. Średnio co godzinę możecie usłyszeć nad swoją głową przelatujący helikopter. Woda jest tak czysta, że z góry widać wszystko, co w niej jak na dłoni.
  10. Większość chłopaków nie wygląda tu jak surferzy z teledysków. Najpopularniejsza męska fryzura to tutaj mulet czyli to, co u nas funkcjonuje pod nazwą czeskiego piłkarza. Zazwyczaj zestawiają to ze średnio urodziwym wąsem. Jeszcze nie znalazłam wytłumaczenia tego fenomenu, ale będę szukać.

Przyznam się od razu, aby uciąć wszelkie spekulacje: postanowiłam napisać ten ambitny artykuł w ramach dystrakcji od tego, nad czym pracować powinnam, ale mam nadzieję, że moja perspektywa trochę Was zainteresuje. A może sami zdecydujecie się na taki wyjazd na drugi koniec świata?

BĄDŹMY W KONTAKCIE

Jeżeli jako pierwsza / pierwszy chcesz wiedzieć o najważniejszych premierach, wyjazdach, spotkaniach czy produktach, to zostaw mi swój adres mailowy. Obiecuję nie zaśmiecać Twojej skrzynki mailowej :)

3 komentarze

  1. Super opowiadasz Natalia! Pisz posty i nagrywaj podcasty, ja jestem bardzo głodna twoich przygód i doświadczeń ( tych małych i dużych). Pozdrawiam !

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *